sobota, 14 lutego 2015

Not alone - 01. Can't catch your breath.

Spadając tysiące stóp na sekundę...

                Jak bardzo jest samotny, odkrył dopiero po powrocie z pogrzebu.
                Ból rozdarł go od środka i odebrał władzę w nogach. Upadł na kolana, po jego policzkach pociekły strumienie łez, gdy zastanawiał się, czym jest świat i co uczynił, że tak okrutnie odebrał mu ukochanego.
                Wplótł palce w swoje włosy i pociągnął z całej siły, wydawszy z siebie najpierw przeciągły jęk. Zaczerpnął gwałtownie powietrza, rzucając się na ziemię. Porwał z łóżka jego bluzkę i zwinął się w kłębek ściskając ją z całych sił.
                Policzki poczerwieniały i opuchły od szlochu, który nie ustawał. I znów pełen goryczy wrzask wydarł się z jego piersi i pozostał, odbijając się od ścian przez kilka kolejnych sekund. Nakrył sobie uszy, w jednej chwili pragnąc w jednej chwili rozsypać się i przestać istnieć. Zacisnął mocno powieki, przywołując obraz roześmianego, pełnego wrodzonego optymizmu chłopca, urzekającego słodkimi lokami każdego, kto go spotkał, który znów sprawił mu tyle bólu.
                Tarzał się po podłodze, nawołując jego imię i drąc jednocześnie cały garnitur, którego szwy puszczały z każdym gwałtowniejszym ruchem chłopaka. Obcisłe spodnie wpijały mu się w skórę, zostawiając ciemne wgniecenia na skórze nóg.
                - Wcale nie umarłeś, wcale nie umarłeś - powtarzał głośno w tragicznej agonii tęsknoty. Spazm targnął jego ciałem, aż zakrztusił się własnym płaczem.
                Kaszląc nieustannie, uderzał pięściami w podłogę. Jego kłykcie zbielały - tak mocno je zaciskał. Obrócił się na brzuch. Gdy jego czoło przeżyło spotkanie z zimną podłogą, zdał sobie sprawę, jak bardzo jest rozpalony.
                Robił sobie krzywdę, ale ból fizyczny wtedy nie pomagał. Rozciął  łuk brwiowy i wargę, z których natychmiast pociekła jasnoczerwona, świeża krew, zostawiając ślady na ziemi.
                Opadł z sił. Przetoczył się na plecy i oddychając ciężko, wpatrywał się w biały sufit. Zacisnęła się jego krtań i gardło.
                Na próżno doszukiwał się fałszu w otaczającej go rzeczywistości. Na próżno czekał na moment, w którym ktoś powie, żeby wstał, że przecież nic się nie stało. Na próżno wypatrywał Curly'ego, podbiegającego do niego, biorącego go w ciepłe ramiona, szepcącego do ucha słowa ukojenia, ocierającego kciukami łzy z policzków, całując każdy z osobna.
                On nie wróci. Odszedł.
                Stworzyli swój mały światek, tak prosty i idealny, a teraz, gdy jednego z nich zabrakło, drugiemu przyszło patrzeć, jak burzy się on w drobny pył, w jednej sekundzie. I kazano mu odnaleźć się w codzienności. Tak obcej, zimnej i cichej, bez bicia serca Harry'ego w tle.
                W chwili, gdy smukła trumna, zrobiona z ciemnego, hebanowego drewna, wkładana była do zimnej ziemii, dwóch ochroniarzy musiało go przytrzymywać, stojąc po obu jego stronach. Krzyczał, błagał, by nie wkładano go tam. Prosił o możliwość pozostania przy nim jeszcze chociaż przez chwilę. Dla niego oznaczało to ostateczny wyrok.
                Oznaczało śmierć.
                Wyrywał się tak, że dwóm rosłym mężczyznom trudno było utrzymać go w spokoju. Rodzina i przyjaciele spoglądali nań ze smutkiem.
                Nie chciał kondolencji, ni wyrazów współczucia, zatem, gdy tylko nabożeństwo zostało zakończone, pobiegł prosto przed siebie, nie zważając, że jego płuca wyły z bólu, domagając się odrobiny tlemu.
                Wpadł do jego pokoju.
                I w takim stanie odnalazł go zapłakany Niall, gdy ten leżał bez ruchu, patrząc niewidzącym wzrokiem w dal, z krwawiącymi ustami i brwią.
                Jasne promienie porannego słońca przebijały się przez ciemne rolety, pozostawiając bezkształtne smugi na podłodze.
                Przygarnął go do siebie, oparł jego głowę na swojej piersi i kołysząc go, trwał przy nim cały dzień, aż upewnił się, że Louis w spokoju zaśnie.

Zimno w letnią pogodę,
Tak, ty drżysz
Na klęczących kolanach,
Nadal, kiedy twoje serce jest okaleczone,
A niebiosa płaczą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Layout by Tyler