sobota, 14 lutego 2015

Not alone - 02. He comes in at the sun.

Jeśli zostaniesz naprawdę blisko...

                Kolejki do kwiaciarni ciągnęły się w nieskończoność. Ze względu na datę, nie było to dziwne. Czternasty lutego stał się głównym tematem ostatniego tygodnia i w niemalże każdym sklepowym szyldzie widniały pluszowe serduszka, kartki z życzeniami oraz inne walentynkowe, emanujące słodkością prezenty.
                Mróz szczypał w nos i uszy. Louis poprawił na sobie cienką kurtkę i opatulił się szczelniej wełnianym szalikiem. Na policzki wystąpiły mu nienaturalne, różowe rumieńce i z każdym jego wydechem w koło unosiła się widzialna para wodna. Kłębiła się przez chwilę, by po sekundzie zniknąć. Chłopak mijał na swej drodze zakochanych, poszukujących odrobiny ciepła w swoich partnerach. Ludzie wskakiwali sobie w ramiona, wręczali kwiaty, czy czekoladki.
                Przeniósł swój wzrok na stopy i przypatrywał się swojemu chodowi, umyślnie ignorując świat wokół, który sprawiał mu tyle bólu. Krzywił się za każdym razem, gdy słyszał miłosne, pełne emocji wyznania i z całej siły zaciskał powieki, by zatorować drogę łzom, które tak usilnie gromadziły się w jego oczach.
                Ściskał w dłoniach duży bukiet świeżych, czerwonych róż, bogato przyozdobionych. Kolce niekiedy wbijały mu się w palce. Sumiennie usuwał je, jednak pozostawiały drobne, czerwone i krwawe ślady.
                Mimo pory roku, słońce widniało wysoko na niebie, oświetlając ulice i czyniąc je jeszcze przyjemniejszymi. Puls miasta był wyraźnie wyczuwalny. Tomlinson próbował wczuć się w niego i poruszać zgodnie z jego rytmem, ale wszelkie jego intencje spełzły z niczym.
                Każdy krok przybliżał go do spotkania z ukochanym. Mijał przecznice i skrzyżowania, by po piętnastu minutach ujrzeć niewielki skwerek oddzielony od reszty miasta kamiennym murem.
                Kępki trawy na cmentarzu spowiła szadź, nadając im zimny, miętowy odcień i powodując chrupanie pod grubymi podeszwami butów chłopaka.
                Jak zawsze, kiedy się bał, pozwolił swoim zmysłom dryfować bezwładnie, to był odruch, wpojony niemal na początku żałoby, kiedy Harry...
... gdy Harry,,,
                Odnalazł właściwy sektor, rząd. I kiedy ujrzał znajomy nagrobek, nie powstrzymywał się dłużej - jego policzki naznaczyły słone strugi. Płynęły jedna za drugą.
                Starannie, dokładnie położył kwiaty na grobie i spojrzawszy na niego jeszcze raz, usiadł na ławeczce obok. Oczy uniósł ku niebu. To tam, gdzieś pośród obłoków spodziewał się pewnego dnia odnaleźć ukochanego. Zatem nie zamierzał mówić do miejsca pochówku. Tam spoczywało tylko ciało, natomiast prawdziwy Harry znajdował się w górze. Na pewno.
                Więc kiedy odezwał się, jego głos brzmiał słabo.
- Wszystkiego najlepszego w dniu Świętego Walentego, Harry - szepnął i znów załkał kilkakrotnie. Po chwili jednak uspokoił się i kontynuował powoli - Wiem, obiecałem, że cokolwiek by się nie stało, ja dam sobie radę sam. Ale, Harry, prawda jest taka, że nie radzę sobie. Nie jem, nie śpię, a gdy już uda mi się zasnąć, sen nie jest dla mnie przyjemny. Miesza się z rzeczywistością, ze światem oglądanym przez niebieską mgiełkę. I zawsze budzę się z krzykiem, nawołując twego imienia. Tak bardzo jestem samotny, że z moim organizmem zaczęło dziać się coś dziwnego. Nawiedzają mnie częste migreny i coraz częściej wymiotuję. Ale kogo to obchodzi? Nie ma na świecie osoby, która troszczy się o mnie. Nie po tym, jak umarłeś.
                Zimny podmuch wiatru postawił do pionu włoski na jego karku, ale o dziwo nie był lodowaty. Kiedy chłopak zamknął oczy, mógł wyczuć czyjś ciepły dotyk na swych barkach. Tak dziwnie realny. Pozwolił sobie w niego uwierzyć. Wmówił sobie, że to jakaś odpowiedź ze strony Curly'ego. Że jest tu gdzieś blisko i próbuje pocieszyć Lou, ale nie może.
                - Przepraszam, że zadręczam cię swymi problemami - ciągnął cicho - ale nie mogę wybaczyć ci tego, że mnie zostawiłeś. Nikt nie przytula się do mnie w chłodne wieczory i nie grzeje mi zmarzniętych stóp. Nikt nie całuje mnie w kącik ust każdego ranka. Kuchnia nie pachnie robioną przez ciebie kawą o świcie. To boli, Harry. Mimo że mieszka ze mną Niall, dom jest tak sterylnie czysty. Nie ma kto bałaganić - westchnął.
                Emocje ustąpiły. Tęsknota nie wrzała w każdej jego żyle i nie próbowała ze wszystkich sił wydostać się na zewnątrz. Siedział tam, przymknąwszy powieki i wspominał dobre czasy, odebrane mu tak gwałtownie.

* * *

- Już czas, Harry.
- Wiem.

* * *

                Godziny mijały tak prędko, aż nastało popołudnie. Brzuch Louis'ego skręcił się i ten poczuł rzadkie ostatnimi czasy uczucie - głód. Zdziwił go tak bardzo, że poderwał się do pozycji stojącej i rzuciwszy na odchodnym: "Do zobaczenia jutro, kochanie" Poszedł prosto do McDonalds'a i kupił tam sobie frytki. Czerpał z posiłku taką niewinną, dziecinną radość.
                Ledwie zauważył, jak dotarł na przejście dla pieszych i musiał zatrzymać się i poczekać na zielone światło. Wziął w palce kolejną frytkę i nie patrząc przed siebie, wkroczył na ulicę, usłyszawszy dźwięk sygnalizujący możliwość przejścia.
                Mimochodem mignął mu przed oczyma dziw nad dziwy. Jakby przez ułamek sekundy dostrzegł znajomą posturę. Brązowe loki balansowały na wietrze, a skupione oczy usilnie wpatrywały się w podłogę, jakby mężczyzna wstydził się swojego położenia. Kształtne usta rozchylił, światło słoneczne spowiło go od tyłu, sprawiając, że z tej perspektywy wyglądał jeszcze piękniej.
                Lou odszedł kilka kroków, nie zwróciwszy uwagi na przechodnia, którego minął na pasach. Dopiero po chwili dotarło do niego, co zobaczył i odwrócił się prędko na pięcie, spazmatycznie oddychając. Jego krzyk zaskoczył wszystkich przechodniów. Źrenice rozszerzyły się, a tętno przyspieszyło. Nie dostrzegł jednak nikogo.
                Jedynie wątłą staruszkę, patrzącą na niego niepewnie. Czerwony kartonik upuścił na ziemię i oparł się ociężale o barierkę oddzielającą chodnik od jezdni, aby nie upaść.
                Nie był w stanie stwierdzić, czy to co zobaczył przywidziało mu się. Ale jedno wiedział na pewno - przez rozchylone usta Harry'ego nie wydobywał się widzialny, zimowy oddech.


...dosięgnę Cię.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Layout by Tyler