sobota, 14 lutego 2015

Not alone - 04. Human spirit is alive.


Cały ogień tego świata...

                - Nie płacz, Louis. Nic się nie dzieje, błagam cię, nie płacz już - zawołał donośnym głosem, sprawiając wrażenie, jakby tam był.
                A może rzeczywiście był...?
                Jednocześnie brzmiał nieco obco, bardziej płynnie, spokojnie, o oktawę wyżej.
- Jestem tu.
                Chłopak podniósł gwałtownie brodę do góry. Spojrzał na niego. Miał takie bladozielone, lekko zamglone oczy, w których odbijała się twarz Tomlinsona. Na jego twarzy dostrzegł bezbrzeżne cierpienie, dłonie zacisnął, przygotowując je do działania. Curly zrzucił z głowy kaptur i trzepnął charakterystycznie głową, doprowadzając jednocześnie włosy do porządku. Postawił niepewny krok w kierunku towarzysza, ale gdy ten zauważył jego poczynania, natychmiast odsunął, skuliwszy się bardziej.
                Lou wbił wzrok w podłogę. Patrzył na stare deski, które wybrzuszały się odrobinę w miejscu, gdzie stykały się z podstawą regału. Poczuł, jak traci nad sobą kontrolę, a słowa wzbierają, gotowe popłynąć strumieniem.
                Zamknął oczy. W ciemnościach poczuł się skołowany, jakby nie wiedział, gdzie jest niebo, a gdzie ziemia. Był rozdarty pomiędzy wyrzuceniem z siebie wszystkiego, co go nękało, a pragnieniem, by strzec wszystkie lęki w tajemnicy.
                Zdumiony Harry przyglądał mu się bezradnie. Nie mógł zrozumieć, dlaczego Louis nie pragnął jego dotyku. Przez ostatnie miesiące, w których słuchał, jak ukochany za nim tęskni, mógł oddać wszystko, by tylko choć na chwilę uśmierzyć jego cierpienie. A teraz, gdy było to możliwe, on odsuwał się. To bolało.
                Jednak Harry był silny. Silniejszy niż wcześniej.
                A Boo? Przełamał się. Powiedział, co miał do powiedzenia.
                I chodź czuł, że z każdym słowem, wbija sam sobie ostry sztylet w samo serce, zabijając nadzieję.
- Wcale nie! - pisnął - Nie ma cię tutaj. To ze mną jest coś nie tak. Widzę umarłych.
                Styles nie potrafił nazwać uczucia, kiedy usłyszał słowa Louisa. Wiedział tylko, że było tak silne, że jego oddech zmienił się w jedno długie westchnienie.
- Ach... ależ jestem tu. Możesz mnie dotknąć, tylko chwyć mnie za rękę - wyciągnął dłoń w jego kierunku.
                Przez chwilę, ułamek sekundy, chłopak miał ogromną ochotę uścisnąć ją. Poczuć to, co odebrano mu tak gwałtownie kilka miesięcy temu. Ciepło, miłość, poczucie bezpieczeństwa. Wystarczyłoby mu jedynie muśnięcie opuszkiem palca. Był taki realny. Taki prawdziwy. Jak żywy. Ale dotykanie go nie było dobre. Louis nie chciał wiedzieć, jak bardzo zwariował. Więc jeżeli będzie w stanie dotknąć tajemniczej zjawy - nie jest z nim dobrze.
                Wytarł łzy z policzka kantem dłoni i spojrzał na niego wyzywająco.
- Po co tu przylazłeś? - spytał - Będziesz mnie nękał tak długo, aż zupełnie postradam zmysły?! Skoro nie jesteś halucynacją, to czym jesteś? - głos mu się załamał.
- Nie wiem - spuścił wzrok.
                W jakimś sensie, Tomlinson był z nim szczery. Zdradził mu, że sam nie jest pewien, co widzi, ubierając to w bardzo ostre słowa. Odsłaniał przed nim kolejny sekret, a Harry nie miał nic, co mógłby zaoferować w zamian.
                Choć prawda była mu doskonale znana, czas na jej ujawnienie jeszcze nie nadszedł.
                Nie był gotowy na cierpienie.


* * *

- Nie dam rady.
- Uda ci się, nie będzie opierał się wiecznie.

* * *

                Świadomość napłynęła dopiero po kilku sekundach, jakby jego ciało nie chciało uwierzyć w to, co się właśnie stało. Kiedy ból i fakt, że wymiotuje wreszcie do niego dotarły, w głowie zaszumiało i musiał złapać się ściany, by nie wpaść głową do muszli.
                Zakręciło mu się w głowie i zacisnął powieki, by opanować kolejny odruch wymiotny. Nogi odmówiły posłuszeństwa i opadł nad toaletą, dotykając dłońmi przyjemnie chłodnej porcelany. Cofał już któryś raz w ciągu kilku dni. Nie mógł znaleźć lekarstwa na dokuczliwą przypadłość. Mimo że niczego nie jadł, ciągle targały nim torsje, mdłości, zawroty głowy.
                Natychmiast przy jego boku pojawił się Harry, przyklękając tuż obok. Znów spróbował wyciągnąć ku niemu palce, ale on odsunął się ze strachem. Nie przeszkodziło mu to jednak w chwilowej obserwacji towarzysza. Cała jego skóra delikatnie lśniła. Z twarzy zniknęły dawne oznaki zmęczenia i wszelkie niedoskonałości. Oblicze jaśniało, mimo że skaziło je nieco rozgoryczenie i swego rodzaju nieodgadniony smutek.
                Lou dostrzegał jedynie powierzchowne szczegóły chłopaka, nie wierząc, że istnieje coś jeszcze. Przekonanie, że jest on jedynie senną zmorą nie osłabło, ale z każdą sekundą przybliżał się do momentu, w którym odda się swoim doznaniom. Pomimo że zwiastowałoby to jego rychły koniec.
                Harry był papierową łódką dryfującą po bezbrzeżnym oceanie bezsilności. Pragnął dotyku. Jak nigdy dotąd. Pożądał tego, co odebrano mu wraz z chwilą, w której uderzył w niego ten rozpędzony samochód. Z chwilą, w której odrzuciło go do tyłu i uderzył głową w mur budynku. Z chwilą, w której z piersi Boo Beara wydarł się niemy krzyk.
                Pragnął przyspieszyć dzień, w którym wszystko się skończy i znów będą razem, otoczeni spokojem i ciszą, dzień tak bliski.
                Wiedział, że nie mógł. Wiedział, że wszystko musi zostać dokładnie przygotowane i postarać musi się o to on sam.
                Nie był halucynacją.
                Istniał, tak samo, jak istniał przed śmiercią.
                Jedyne co mu pozostało, to przekonać do tego Lou.
                I chyba był temu całkiem bliski, gdy chłopak zachwiał się, a Styles złapał go w ostatnim momencie, ratując przed bolesnym spotkaniem z podłogą wyłożoną kafelkami.
                Dostrzegł też nadzieję, rodzącą się powoli w oczach Lou, kiedy połączył ich wargi razem.


...nigdy nie ożywi mnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Layout by Tyler